Blog jest fajnym sposobem na pozycjonowanie strony; coś o tym wiem. Nic dziwnego, że decyduje się na niego tak wiele lecznic. Dzielenie się wiedzą i niesienie kaganka weterynaryjnej oświaty szczególnie opiekunom to wielka rzecz, w końcu nie chodzi tylko o wizerunek lekarza czy lecznicy, ale także o podniesienie świadomości społeczeństwa. Widzę tu jednak czasami drobny, choć istotny problem: czytając takie teksty, nie zawsze jestem pewna, do kogo one są kierowane.
Tekst może być poprawny językowo, bardzo rzetelny, może też być autorstwa świetnego specjalisty lub powstać zgodnie z jego wytycznymi i być opublikowany po akceptacji. Pomimo tych wszystkich cech może nie dowozić. SEO, owszem, to się wciśnie zawsze, ale miała być edukacja. Nie ma lub jest średnia, bo… zabrakło decyzji, do kogo kierujemy tekst i czego odbiorca od niego oczekuje.
Pimpuś jest jakiś nieswój; niby wszystko dobrze, ale ostatnio wolniej coś chodzi. Szukam informacji na temat bólu u psów, konkretnie objawy – bo może Pimpusia boli. Trafiam na blog lecznicy weterynaryjnej, widzę tytuł Jak rozpoznać ból u psa, okej, klikam. Co my tu mamy?
- Artykuł zaczyna się od twój pies
- dwa zdania później staje się dziwnie bezosobowy
- następnie przedzieram się przez gąszcz informacji na temat najczęstszych przyczyn oraz różnic między bólem ostrym a przewlekłym
- jest co nieco o objawach, z (celną) adnotacją, że w zasadzie objawem bólu to może być przysłowiowe “wszystko”
- nagle pada zdanie: Duże znaczenie ma rozmowa z opiekunem (czy jako opiekun mam rozmawiać sama ze sobą?)
- później tekst odpowiada dość szczegółowo na pytanie o sposoby leczenia bólu (jako osobie bez wykształcenia kierunkowego skrót NLPZ* nic mi nie mówi)
- na koniec autor przypomina sobie, że przecież pisał to wszystko z myślą o przekazywaniu wiedzy, więc znów czytam Jeśli twój pies…
* Jako rezolutny klient bez wykształcenia kierunkowego googlam więc „NLPZ”. O, ibuprofen mam w domu… I jako lekarz weterynarii już rozumiesz doskonale, że to właśnie przestał być tylko drobny problem komunikacyjny.
Odbiorcami treści na stronie Twojej lecznicy mogą być zarówno opiekunowie zwierząt, jak i inni lekarze weterynarii. Obie te grupy mogą chcieć korzystać z Twojej wiedzy i doświadczenia, ale każda szuka czego innego. Bardzo trudno będzie je pogodzić w tym samym tekście. Opiekun chce wiedzieć – i tego najczęściej szuka – po czym poznać, że jego zwierzak wymaga pomocy, w którym momencie powinien z nim przyjść na wizytę i czego z grubsza może się na niej spodziewać. W mniejszym stopniu zazwyczaj interesują go fachowe nazwy zabiegów czy grupy stosowanych leków. Kolega po fachu potrzebuje już wiedzy na zupełnie innym poziomie. Próba upchnięcia wszystkiego, co wiemy, w jeden tekst, by odpowiedzieć na potrzeby klientów, zaprezentować się przed środowiskiem zawodowym i jeszcze spełnić wymagania SEO, to droga donikąd. Ani nie spełni swojej edukacyjnej roli, ani też nie pokaże w pełni Twojej wiedzy. Tak powstanie 20 tysięcy znaków tekstu dla nikogo.
O czym powinieneś pamiętać, pisząc swoje treści dla lecznicy weterynaryjnej?
O swoim odbiorcy! Kim jest i czego NAPRAWDĘ chce się od Ciebie dowiedzieć. Dobierz dla niego informacje oraz język. Tekst nie musi być długi i naświetlać danego zagadnienia z każdej strony, by był wartościowy dla opiekunów Twoich pacjentów. Brak specjalistycznego słownictwa w treściach dla opiekunów nie odbiera Ci eksperckości. Oni zaś będą mieli powód do powrotu na Twój blog, wiedząc że znajdą na nim ciekawe, konkretne i przystępne treści. Z czasem może odwiedzą także Twój gabinet.
W dobie śmieciowego kontentu o wszystkim i niczym opiekunowie zwierząt szukają konkretnych odpowiedzi. Pozwól im je znaleźć u siebie. Jeśli nie masz czasu, aby go samodzielnie tworzyć, mogę pomóc. Niech Twoja wiedza zyska dobrą oprawę.