Internet, skarbnica wiedzy. Ogromna, darmowa biblioteka bez kolejek, nie zawsze miłych bibliotekarek i ograniczeń typu „termin zwrotu”. Możemy znaleźć tu wszystko i mamy wiedzę na wyciągnięcie ręki, na dwa kliki myszką lub dwa dotknięcia palcem. Tyle teoria.
Praktyka wygląda tak, że już parę lat temu Internet został zalany treściami powstającymi głównie z myślą o marketingu SEO. Zawód copywritera, niegdyś dość prestiżowy, uległ w dużej mierze dewaluacji. Dzisiejszy copy ma pisać poprawnie, w miarę zgrabnie, umieć wplatać frazy w tekst i w zasadzie tyle. Efekt?
Wpisuję w wyszukiwarkę hasło „gończy polski”. Dowiaduję się m.in., że:
- spuszczanie go ze smyczy w lesie wymaga idealnego przywołania
- na spacerze skupia się głównie na swoim opiekunie
- nadaje się dla rodziny z dziećmi, bo jest łagodny i zrównoważony
- wkład w rozwój rasy miał pułkownik Kartawik.
Jako kynolog i przy okazji opiekunka starszego już gończucha doskonale wiem, ile w tym prawdy. Gończy polski nie jest owczarkiem, by skupiał się głównie na opiekunie, zwłaszcza na spacerze; spuszczanie go ze smyczy w lesie to zawsze świetny pomysł na mandat i zgubienie psa, a nadawanie się do rodziny z dziećmi to jedno wielkie yes, but… Wkład pułkownika Kartawika w rozwój rasy gończy polski z kolei jest taki, jak mój w serię filmów o Harrym Potterze. Ja nie poszłam na casting do roli Hermiony, dzięki czemu wygrała go Emma Watson; pułkownik Kartawik nie zajmował się zupełnie czarnymi, lekkimi ogarami z południa kraju i potem całą robotę odwalił pułkownik Pawłusiewicz.
Gdzie problem?
Po pierwsze: uważam, że publikując tekst w sieci, bierzemy odpowiedzialność za jego treść. Jeśli opublikujesz wpis o tym, że na luzie można karmić psa ciastem z ksylitolem, możesz doprowadzić do tragedii, w tym wypadku śmierci czyjegoś psa. Jeśli polecasz w swoim tekście ogólnikowo rodzinie z dziećmi rasę niezależną, a przy tym mającą pewną skłonność do agresji, nie jest inaczej. Wiele gończych polskich szuka nowych domów, bo nadzwyczaj dużo rodzin nie dało sobie z tymi „rodzinnymi” psami rady.
Po drugie, bardziej biznesowo: ja nie jestem wyjątkiem. Część klientów ma wiedzę pozwalającą wychwycić bzdurę szybciej niż autor tekstu czy osoba zlecająca content. Gdy zauważają, że wprowadzasz ludzi w błąd, na Twoim eksperckim wizerunku pojawia się rysa. Ze świadomym klientem nie można komunikować się w ten sam sposób, co z masowym odbiorcą szukającym powierzchownych informacji. Zwłaszcza, gdy nie jesteś dużym graczem na rynku. Dla Ciebie świadomy, zaangażowany klient może być prawdziwym skarbem. Musi on jednak mieć powód, by wybrać właśnie Ciebie. Wiarygodność to niezły powód. Możesz być kolejnym sprzedawcą karmy z generycznymi treściami dla nikogo, ale chyba wolisz być postrzegany jako osoba znająca dobrze temat i godna zaufania, prawda?
To jest moja filozofia. To jest filozofia Whippet & Type: budować wizerunek eksperta w sieci i jednocześnie brać odpowiedzialność za treści, które wspólnie przekazujemy. Chcę dawać wartość markom, klientom i – za ich pośrednictwem – także samym zwierzętom. Czy jest Ci to bliskie? Może naskrobiemy coś wspólnie?